Kołtuny, Kołtuny, Kołtuny...
Teraz już chyba każdy wie skąd u nas takie kołtuny ;) Meysi to nie żadna 'księżniczka' (chociaż lubię ją tak nazywać) i na spacerach się nie oszczędza. Błoto, tarzanie to jest coś co kocha <3
Do rzeczy:
Ostatnie cztery tygodnie mianuję (uwaga!)... miesiącem kołtunów! Małych, dużych, zbitych, nowo powstałych - wszystkich jakie są możliwe. Codziennie wieczorem rozkładam mały, niebieski kocyk, daję Meysi wypełnionego mięsem Konga lub poroże które mamy już dłuugo a mimo to nadal się sprawdza i jest tak samo interesujące jak na początku.
Zaczyna się... grzebień, szczotka (żeby jedna :P) i niezawodny K9 - serio, robi cuda. Od tego miesiąca wyczesuję 3-4 garści z samych kołtunów. Wcześniej tyle z niej nie dało się wyczesać nawet gdy czesałam ją całą - np. przed wystawą. Nawet pod szelkami zaczęły się pojawiać gdzie mamy je od kilku miesięcy i wcześniej nie było aż takich problemów.
Na dół Konga daję ok. czterech ziarenek karmy (mamy M'ke w której nie mieści się wiele ale jest dla nas wystarczająca), potem aż do samej góry wypełniam surowym mięsem Barf. Starcza to na około 2h czesania więc 'coś tam' wyczeszę. Gdy widzę, że niewiele już zostało z wypełnienia kończę i daję 'chwilę spokoju' dla Meysi. Przecież coś jej się należy ;)
Odprężające?!
Owszem! Można się przy tym zrelaksować i w pewnym sensie jest to przyjemne ale... po pewnym czasie zaczynają boleć plecy, Meysi kończy się cierpliwość mimo czegoś do pojedzenia. Gdzie wyczeszę jednego kołtuna kolejnego dnia w innym miejscu pojawiają się kolejna dwa. Wrrr...
Plan? Zdążyć wszystko wyczesać do najbliższej wystawy. A jak się nie uda? Zrobi się słynne zaczesy! :D



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz